Polska reprezentacja z lat 1974-1982 należała do światowej czołówki. Nie wynika jednak z tego, że Kazimierz Deyna, Grzegorz Lato, Włodzimierz Lubański czy Andrzej Szarmach byli piłkarzami tej samej kategorii co Franz Beckenbauer, Johan Cruyff, Ferenc Puskás albo Ołeh Błochin. Dwa medale mistrzostw świata stworzyły w Polsce mit „złotego pokolenia”, w którym wynik drużyny stał się dowodem indywidualnej wielkości jej zawodników. Gdy porówna się reprezentację, kluby i kariery jednostek z dorobkiem innych państw komunistycznej Europy, obraz okazuje się znacznie mniej pomnikowy.
Polski mit złotej ery opiera się na faktach. Reprezentacja zajęła trzecie miejsce na mistrzostwach świata w 1974 roku, po ośmiu latach powtórzyła ten sukces, a pomiędzy tymi turniejami znalazła się w najlepszej ósemce mundialu w Argentynie. Grzegorz Lato został królem strzelców mistrzostw świata, Kazimierz Deyna zajął trzecie miejsce w plebiscycie „France Football”, Jan Tomaszewski obronił dwa rzuty karne, a polska drużyna pokonywała Argentynę, Włochy, Brazylię, Jugosławię, Belgię i Francję.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy z tych osiągnięć wyprowadza się znacznie szerszy wniosek: że Polska posiadała nie tylko znakomitą reprezentację, lecz także całe pokolenie piłkarzy należących do absolutnej światowej elity. W narodowej pamięci Deyna, Lato, Lubański, Szarmach, Robert Gadocha czy Jerzy Gorgoń bywają umieszczani w jednym szeregu z największymi postaciami swojej epoki. Brakuje jednak tego, co w przypadkach Beckenbauera, Cruyffa, Puskása, Gerda Müllera, Micheliego Platiniego czy Błochina stanowi podstawę ich statusu: wieloletniej dominacji, seryjnych sukcesów w najważniejszych rozgrywkach klubowych oraz regularnego potwierdzania klasy przeciwko najlepszym zespołom Europy.
Nie chodzi zatem o udowodnienie, że drużyna Kazimierza Górskiego była słaba albo przypadkowa. Taka teza byłaby równie niepoważna jak jej pomnikowe przeciwieństwo. Chodzi o rozdzielenie trzech odmiennych pytań: jak silna była polska reprezentacja, co osiągały polskie kluby oraz jak wyglądały pełne kariery najlepszych polskich zawodników na tle piłkarzy z innych krajów komunistycznej Europy.
Za punkt odniesienia przyjmijmy okres od połowy lat pięćdziesiątych do rozpadu systemu komunistycznego. Do porównania włączam ZSRR, Czechosłowację, Węgry, NRD, Rumunię i Bułgarię, a także Jugosławię – państwo komunistyczne, choć pozostające poza Układem Warszawskim i prowadzące znacznie bardziej niezależną politykę. Turnieje olimpijskie zostaną potraktowane osobno, ponieważ ich regulamin zasadniczo zaburzał równowagę pomiędzy Wschodem a Zachodem.
Spis treści
I. Reprezentacja: Polska naprawdę należała do elity, ale tylko przez określony czas
Najłatwiejszą częścią narodowego mitu do obalenia byłoby twierdzenie, że medale z 1974 i 1982 roku były dziełem szczęścia. Tu trzeba uczciwie przyznać, że liczby temu przeczą.
Dziesięć lat, których nie można sprowadzić do przypadku
| Turniej | Mecze | Zwycięstwa | Remisy | Porażki | Bramki | Wynik |
|---|---|---|---|---|---|---|
| MŚ 1974 | 7 | 6 | 0 | 1 | 16–5 | 3. miejsce |
| MŚ 1978 | 6 | 3 | 1 | 2 | 6–6 | druga faza grupowa |
| MŚ 1982 | 7 | 3 | 3 | 1 | 11–5 | 3. miejsce |
| Łącznie | 20 | 12 | 4 | 4 | 33–16 | dwa medale, trzy awanse z pierwszej grupy |
Między mundialami w 1974 i 1982 roku Polska odniosła dwanaście zwycięstw – więcej niż jakakolwiek inna reprezentacja w tym okresie. FIFA zwraca uwagę, że Brazylia wygrała wtedy jedenaście spotkań, RFN dziesięć, a Włochy dziewięć. Polacy zdobyli łącznie 33 bramki.
Szczególnie wynik z 1974 roku nie daje się wytłumaczyć szczęśliwym losowaniem ani pojedynczym dobrym meczem. Polska wygrała pięć pierwszych spotkań: z Argentyną, Haiti, Włochami, Szwecją i Jugosławią. Jedyną porażkę poniosła z późniejszym mistrzem świata RFN, a następnie pokonała Brazylię w meczu o trzecie miejsce. Była to seria sześciu zwycięstw w siedmiu spotkaniach, z bilansem bramkowym 16–5. FIFA podkreśla również, że zwycięstwa nad Argentyną, Włochami i Brazylią prowadziły Polskę do najlepszego wyniku w jej mundialowej historii.
Można dyskutować, czy zalane boisko we Frankfurcie bardziej przeszkadzało technicznej drużynie polskiej, czy zwiększało losowość meczu. Nie można natomiast uczciwie nazywać całego turnieju fartem. Polska nie awansowała dzięki jednej bramce, błędowi sędziego, ani wyjątkowo łatwej drabince. Pokonała cztery reprezentacje należące do szeroko rozumianej światowej czołówki. Tego nikt Orłom Górskiego nie odbierze.
Turniej z 1982 roku miał inny charakter. Polska rozpoczęła od bezbramkowych remisów z Włochami i Kamerunem, a awans zapewniła sobie zwycięstwem 5:1 nad Peru. W drugiej fazie rozbiła Belgię 3:0 i zremisowała z ZSRR, co dzięki lepszemu bilansowi bramek dało jej półfinał. Przegrała w nim 0:2 z późniejszym mistrzem świata, a następnie pokonała Francję 3:2 w meczu o trzecie miejsce. Był to sukces bardziej pragmatyczny i w większym stopniu zależny od ówczesnego formatu rozgrywek niż porywający występ drużyny Piechniczka. Nadal jednak trudno uznać siedem meczów z tylko jedną porażką za czysty przypadek.
Polska była więc przez dekadę reprezentacją najwyższej światowej klasy. To pierwsze ważne zastrzeżenie wobec przesadnie rewizjonistycznej interpretacji historii. Drugie brzmi jednak odwrotnie: wielka reprezentacja nie jest automatycznie dowodem istnienia wielkich indywidualności.
Futbol zna drużyny, które osiągały wyniki przekraczające sumę klubowego dorobku swoich zawodników. Czechosłowacja została mistrzem Europy w 1976 roku, Dania wygrała turniej w 1992, Grecja w 2004, a Chorwacja dotarła do finału mundialu w 2018 roku. Każdy z tych zespołów miał klasowych piłkarzy. Nie oznacza to jednak, że wszyscy jego liderzy należeli do kategorii Beckenbauera, Cruyffa czy Maradony.
Polska na tle demoludów
Polska narracja często przedstawia wyniki z 1974 i 1982 roku tak, jakby żadne inne państwo regionu nie potrafiło stworzyć porównywalnej drużyny. W rzeczywistości komunistyczna Europa regularnie wprowadzała zespoły do decydujących faz mistrzostw świata i Europy.
| Państwo | Największe sukcesy reprezentacji seniorów w epoce komunistycznej |
|---|---|
| ZSRR | mistrzostwo Europy 1960; finały ME 1964, 1972 i 1988; 4. miejsce MŚ 1966 |
| Czechosłowacja | finał MŚ 1962; mistrzostwo Europy 1976; 3. miejsce ME 1960 i 1980 |
| Węgry | finał MŚ 1954; ćwierćfinały MŚ 1962 i 1966; 3. miejsce ME 1964; 4. miejsce ME 1972 |
| Jugosławia | 4. miejsce MŚ 1962; finały ME 1960 i 1968; 4. miejsce ME 1976 |
| Polska | 3. miejsce MŚ 1974 i 1982; najlepsza ósemka MŚ 1978 |
| NRD | druga faza MŚ 1974 |
| Rumunia | faza grupowa MŚ 1970 i ME 1984 |
| Bułgaria | 1/8 finału MŚ 1986; wcześniej cztery występy w fazie grupowej |
ZSRR wygrał pierwsze mistrzostwa Europy, a następnie trzykrotnie dochodził do finału. Czechosłowacja była finalistą mundialu i mistrzem kontynentu. Jugosławia dwukrotnie grała w finale mistrzostw Europy. Węgry miały reprezentację, która przed finałem mistrzostw świata w 1954 roku uchodziła za być może najsilniejszy zespół narodowy w historii i zdobyła na tamtym turnieju rekordowe 27 bramek.
Polska wypada w tym zestawieniu znacznie lepiej od NRD, Rumunii i Bułgarii, a jej dekada 1974–1982 wytrzymuje porównanie z najlepszymi okresami większości państw regionu. Nie była jednak jedyną wschodnioeuropejską reprezentacją zdolną zdobywać medale. ZSRR, Czechosłowacja, Węgry i Jugosławia miały sukcesy rozłożone na większą liczbę rozgrywek albo osiągały wyższy szczyt w postaci finału mistrzostw świata lub tytułu mistrza Europy.
Szczególnie niewygodny dla polskiej opowieści jest bilans mistrzostw Europy. Polska po raz pierwszy awansowała do turnieju finałowego dopiero w 2008 roku! Trzeba oczywiście uwzględnić, że do 1976 roku finały Euro liczyły tylko cztery drużyny, a od 1980 roku osiem. Brak kwalifikacji nie oznaczał wtedy tego samego co dzisiaj. Nie zmienia to jednak faktu, że ZSRR, Czechosłowacja, Jugosławia i Węgry potrafiły się do tych bardzo wąskich turniejów dostać, podczas gdy Polska nigdy tego nie zrobiła.
To prowadzi do pierwszego wyważonego werdyktu. Polska w latach 1974–1982 była reprezentacyjną potęgą. Nie była jednak jedyną ani najbardziej utytułowaną potęgą komunistycznej Europy, a jej pozycja opierała się niemal wyłącznie na trzech kolejnych mundialach, z których ten środkowy (1978) uznawany jest – słusznie – za największy niedosyt.
Dlaczego olimpijskie medale nie mogą być równoważne z mundialami
Złoto z Monachium w 1972 roku i srebro z Montrealu w 1976 są stale włączane do katalogu dowodów na wielkość polskiego pokolenia. Historycznie mają znaczenie, zwłaszcza że większość drużyny olimpijskiej z 1972 roku dwa lata później potwierdziła klasę na Mistrzostwach Świata. Nie powinny jednak być traktowane jak równorzędne odpowiedniki mundialu czy mistrzostw Europy.
Do turniejów olimpijskich dopuszczano formalnie amatorów, co eliminowało zawodowych piłkarzy z zachodnioeuropejskich lig. Państwa komunistyczne stosowały fikcję prawną: ich zawodnicy byli formalnie żołnierzami, funkcjonariuszami, górnikami albo pracownikami zakładów, choć w rzeczywistości trenowali i grali jak pełnoetatowi profesjonaliści. Od 1952 do 1988 roku każdy olimpijski turniej piłkarski poza zbojkotowanymi przez blok wschodni igrzyskami w Los Angeles w 1984 roku wygrało państwo komunistyczne. Nie świadczy to o absolutnej dominacji futbolu komunistycznego, lecz o strukturalnej przewadze wynikającej z regulaminu.
Polska z 1972 roku była bardzo dobrą drużyną, ale nie rywalizowała z najlepszymi zawodowcami RFN, Anglii, Włoch, Hiszpanii czy Holandii. Olimpijskie medale mogą być więc argumentem pomocniczym, nie centralnym. Ich największą wartością jest to, że polscy zawodnicy później potwierdzili klasę na mundialu rozgrywanym już bez podobnych ograniczeń.
II. Kluby w Europie: tutaj mit złotego pokolenia traci najwięcej
Jeżeli Polska rzeczywiście posiadała wyjątkową koncentrację piłkarzy światowej klasy, naturalnym miejscem jej potwierdzenia powinny być europejskie puchary. Ograniczenia transferów zatrzymywały najlepszych zawodników w kraju. Deyna grał w Legii, Lato w Stali Mielec, Gorgoń i Lubański w Górniku, Szarmach w Górniku i Stali, Gadocha przez większość najlepszego okresu w Legii. Polskie kluby miały więc przez wiele lat dostęp do niemal całej krajowej elity.
Mimo to ich europejski dorobek pozostaje skromny nawet na tle innych państw bloku.
Jeden finał, żadnego zdobytego trofeum
Największym osiągnięciem polskiego klubu w głównych europejskich rozgrywkach pozostaje finał Pucharu Zdobywców Pucharów z 1970 roku, w którym Górnik Zabrze przegrał z Manchesterem City 1:2. Legia Warszawa doszła w tym samym sezonie do półfinału Pucharu Europy, a Widzew Łódź powtórzył ten wynik w sezonie 1982/83. Legia znalazła się jeszcze w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1990/91. Żaden polski klub nie zdobył jednak Pucharu Europy, Pucharu Zdobywców Pucharów ani Pucharu UEFA.
Porównanie maksymalnych osiągnięć w tym samym systemie rozgrywek jest wymowne:
| Państwo | Najważniejsze osiągnięcia klubowe do sezonu 1990/91 |
|---|---|
| ZSRR | Dynamo Kijów: PZP 1975 i 1986, Superpuchar Europy 1975; Dinamo Tbilisi: PZP 1981; Dinamo Moskwa: finał PZP 1972 |
| Rumunia | Steaua: Puchar Europy 1986, finał 1989, Superpuchar Europy 1986 |
| Czechosłowacja | Slovan Bratysława: PZP 1969 |
| NRD | Magdeburg: PZP 1974; Carl Zeiss Jena: finał PZP 1981; Lokomotive Lipsk: finał PZP 1987 |
| Jugosławia | Partizan: finał Pucharu Europy 1966; Crvena zvezda: finał Pucharu UEFA 1979 i Puchar Europy 1991 |
| Węgry | MTK: finał PZP 1964; Ferencváros: Puchar Miast Targowych 1965 i finał PZP 1975; Videoton: finał Pucharu UEFA 1985 |
| Polska | Górnik: finał PZP 1970; Legia: półfinał Pucharu Europy 1970 i PZP 1991; Widzew: półfinał Pucharu Europy 1983 |
| Bułgaria | CSKA Sofia: półfinały Pucharu Europy 1967 i 1982 |
Między topem klubów z demoludów a polskimi drużynami jest prawdziwa przepaść. W 1969 roku Slovan Bratysława pokonał Barcelonę 3:2. Rok później Górnik przegrał z Manchesterem City. W 1974 roku Magdeburg zwyciężył Milan, w 1975 Dynamo Kijów rozbiło Ferencváros, w 1981 Dinamo Tbilisi pokonało Carl Zeiss Jena, a w 1986 Dynamo Kijów wygrało 3:0 z Atlético Madryt. Steaua w tym samym roku zdobyła Puchar Europy po finale z Barceloną, a trzy lata później ponownie zagrała o najważniejsze klubowe trofeum.
Crvena zvezda zdobyła Puchar Europy w maju 1991 roku, już podczas rozpadu jugosłowiańskiego państwa, lecz jej drużyna była produktem systemu szkolenia i organizacji futbolu istniejącego jeszcze w socjalistycznej Jugosławii. Partizan dotarł do finału już w 1966 roku, a Crvena zvezda grała też w finale Pucharu UEFA w 1979.
Można oczywiście wskazać, że dawne rozgrywki miały format pucharowy, a w Pucharze Europy występował tylko mistrz kraju. Jedno nieudane losowanie mogło zakończyć sezon. Ograniczona liczba miejsc zmniejszała szansę na regularne sukcesy. Wszystkie państwa regionu grały jednak według tych samych zasad. Jeżeli mała Czechosłowacja mogła stworzyć Slovan, NRD Magdeburg, Rumunia Steauę, a ZSRR Dynamo Kijów, to wieloletni brak polskiego triumfatora nie może być zredukowany do pecha.
Transferowy paradoks
Ograniczenia w wyjazdach zagranicznych są słusznie podnoszone jako przyczyna niepełnych karier polskich zawodników. W analizie klubów krajowych argument ten działa jednak w przeciwnym kierunku. Skoro państwo nie pozwalało najlepszym piłkarzom wyjeżdżać, Górnik, Legia, Stal, Ruch czy Widzew mogły zatrzymywać reprezentantów w najlepszym wieku.
Podobny mechanizm obowiązywał w ZSRR, NRD, Czechosłowacji i Rumunii. Dynamo Kijów nie musiało sprzedawać Błochina do Realu Madryt, aby udowodnić europejską klasę swojego lidera: dwukrotnie zdobyło z nim Puchar Zdobywców Pucharów, a w 1975 roku pokonało Bayern Monachium w obu spotkaniach o Superpuchar Europy. Steaua nie eksportowała całej reprezentacji Rumunii, lecz zbudowała z krajowych zawodników zwycięzcę Pucharu Europy.
Także instytucjonalne wsparcie nie było w Polsce nieobecne. Legia była klubem wojskowym, Górnik korzystał z zaplecza przemysłu wydobywczego, a państwowe przedsiębiorstwa finansowały liczne zespoły. Polski futbol funkcjonował w podobnym modelu patronatu jak rywale. Różnica polegała na tym, że w innych państwach system od czasu do czasu tworzył klub zdolny wygrać europejski puchar. W Polsce nie stworzył go nigdy.
To właśnie dorobek klubowy najmocniej podważa wyobrażenie, że w latach siedemdziesiątych Polska dysponowała całą grupą piłkarzy należących do absolutnej światowej czołówki. Gdyby rzeczywiście tak było, należałoby oczekiwać czegoś więcej niż jednego finału drugiego rangą pucharu i kilku półfinałów rozłożonych na ponad dwadzieścia lat.
Nie oznacza to, że Górnik, Legia czy Widzew były słabymi drużynami. Potrafiły eliminować poważnych przeciwników, a ich najlepsze sezony należą do najważniejszych momentów polskiej piłki klubowej. W porównaniu z Dynamem Kijów, Steauą, Crveną zvezdą, Slovanem czy nawet Magdeburgiem pozostały jednak zespołami bez ostatecznego potwierdzenia.
III. Indywidualności: pomiędzy klasą międzynarodową a historyczną wielkością
Najbardziej emocjonalna część dyskusji dotyczy samych piłkarzy. W Polsce krytyka statusu Deyny, Laty czy Lubańskiego bywa odbierana jako próba odebrania im znaczenia. Tymczasem zasadnicze pytanie nie brzmi, czy byli dobrymi zawodnikami. Bezspornie byli. Pytanie brzmi, czy na podstawie ich pełnych karier należy umieszczać ich w tej samej kategorii co największe gwiazdy światowego futbolu.
Aby mówić o „top of the top”, nie wystarczy wybitny miesiąc na mundialu. Potrzebna jest ciągłość: kilka sezonów wśród najlepszych na swojej pozycji, główna rola w drużynach walczących o największe trofea, sukcesy przeciwko najsilniejszym klubom oraz rozpoznawalność wykraczająca poza pamięć jednego kraju i jednego turnieju.
Trzecie miejsce Deyny – prestiżowe, lecz obciążone turniejowym handicapem
Najważniejszym dowodem przywoływanym w obronie światowego statusu Kazimierza Deyny jest trzecie miejsce w Złotej Piłce za 1974 rok. Samo podium pozostaje znaczącym wyróżnieniem. Nie może jednak być interpretowane bez analizy głosowania.
| Miejsce | Piłkarz | Punkty |
|---|---|---|
| 1 | Johan Cruyff | 116 |
| 2 | Franz Beckenbauer | 105 |
| 3 | Kazimierz Deyna | 35 |
| 4 | Paul Breitner | 32 |
| 5 | Johan Neeskens | 21 |
| 6 | Grzegorz Lato | 16 |
| 7 | Gerd Müller | 14 |
| 8 | Robert Gadocha | 11 |
Cruyff otrzymał ponad trzy razy więcej punktów niż Deyna, Beckenbauer dokładnie trzy razy więcej. Polski kapitan wyprzedził Breitnera o trzy punkty. Podium nie przedstawiało zatem trzech równorzędnych gigantów. Przedstawiało dwóch zdecydowanych liderów oraz zwycięzcę bardzo wyrównanej walki o trzecie miejsce.
Jeszcze ważniejsza jest liczba wysoko sklasyfikowanych Polaków. Lato był szósty, Gadocha ósmy, Jan Tomaszewski trzynasty, a Jerzy Gorgoń piętnasty. Łącznie w pierwszej piętnastce znalazło się pięciu zawodników reprezentacji, która właśnie stała się sensacją mundialu.
Czy oznacza to, że Gadocha był rzeczywiście ósmym najlepszym piłkarzem Europy, wyżej ocenianym od większości gwiazd Ajaxu, Bayernu, Liverpoolu, Juventusu i Borussii Mönchengladbach? Czy Tomaszewski na przestrzeni całego roku należał do najlepszych bramkarzy kontynentu? Bardziej prawdopodobne jest prostsze wyjaśnienie: głosowanie odzwierciedlało zachwyt nad rewelacją najważniejszego turnieju roku.
Przypomnę, że po obronieniu czterech rzutów karnych w finale Pucharu Europy 1986, rumuński bramkarz Steauy Helmut Duckadam został umieszczony na ósmym miejscu rankingu Złotej Piłki, ex aequo z Marco van Bastenem. Ten sam Duckadam przegrywał wówczas rywalizację w reprezentacji z takimi asami jak Dumitru Moraru, Silviu Lung czy Andrei Speriatu. Ba! Steaua po tym tryumfie sprowadziła Gheorghe Liliaca z Petrolulu Ploiesti i ten momentalnie wskoczył do kadry. Duckadam przez całą karierę zaliczył w niej dwa występy. Nominację do top 10 dostał dosłownie za jeden mecz.
Złota Piłka zawsze uwzględniała sukces drużyny, a wielkie turnieje wpływały na percepcję głosujących. Do 1995 roku nagrodę mogli otrzymać wyłącznie piłkarze europejscy, dlatego podium Deyny nie oznaczało nawet dosłownie trzeciego miejsca w rankingu wszystkich zawodników świata.
Deyna nie był oczywiście drugim Duckadamem. Przez wiele lat stanowił centrum reprezentacji i Legii, a jego kariera była znacznie bogatsza. Analogia dotyczy wyłącznie mechanizmu głosowania. Trzecie miejsce potwierdza, że w 1974 roku został uznany za jednego z głównych bohaterów mundialu. Nie dowodzi samo w sobie, że przez wiele sezonów należał do tej samej kategorii co Cruyff i Beckenbauer.
Wyjazdy na zachód i bolesna weryfikacja
Najważniejszym argumentem obronnym jest polityka transferowa PRL. Przez znaczną część epoki władze wypuszczały piłkarzy za granicę dopiero po trzydziestym roku życia. Zawodnik nie dysponował własną kartą, paszportem ani pełną swobodą wyboru pracodawcy. Kluby i instytucje państwowe traktowały go jako zasób, którego wyjazd wymagał zgody wielu organów.
Przypadek Deyny dobrze pokazuje skalę biurokratycznej kontroli. Gdy w 1978 roku podpisywał kontrakt z Manchesterem City, miał właśnie 31 lat, pozostawał kapitanem Wojska Polskiego i przed transferem musiał zostać zwolniony ze służby. Legia nie chciała wyłącznie gotówki; część rozliczenia stanowił sprzęt elektroniczny.
To był realny problem. Deyna przyjechał do Anglii po najlepszych latach kariery, bez odpowiedniego przygotowania fizycznego i do klubu rozpoczynającego długi okres sportowego kryzysu. Kontuzje ograniczyły go do 43 występów. Miał świetne momenty – między innymi sześć bramek w sześciu meczach, które pomogły City uniknąć spadku – lecz jego pobyt klub sam określa jako w dużej mierze frustrujący.
Nie jest to dowód, że Deyna nie poradziłby sobie w wielkim klubie jako 25-latek. Jest to jednak zasadnicza różnica pomiędzy osiągnięciem a hipotezą. Możemy uważać, że wcześniejszy transfer zmieniłby jego karierę. Nie możemy dopisywać mu sezonów, których nie rozegrał, ani trofeów, których nie zdobył.
Podobnie wyglądały wyjazdy pozostałych bohaterów epoki:
| Piłkarz | Pierwszy znaczący wyjazd na Zachód | Wiek | Charakter klubu i kariery |
|---|---|---|---|
| Kazimierz Deyna | Manchester City, 1978 | 31 | 43 występy, dobre fragmenty, kontuzje; klub w kryzysie |
| Grzegorz Lato | Lokeren, 1980 | 30 | solidna kariera w Belgii, poza europejską elitą |
| Andrzej Szarmach | Auxerre, 1980 | 30 | gwiazda i późniejsza legenda klubu, który dopiero awansował do francuskiej ekstraklasy |
| Włodzimierz Lubański | Lokeren, 1975 | 28 | 192 mecze i 82 gole po ciężkiej kontuzji; znakomity dorobek w klubie spoza ścisłego topu |
| Zbigniew Boniek | Juventus, 1982 | 26 | mistrzostwo Włoch, PZP i Puchar Europy; rzeczywista pozytywna weryfikacja w elitarnym klubie |
| Józef Młynarczyk | Porto, 1986 | 32 | rotacyjny bramkarz zdobywcy Pucharu Europy w 1987 roku |
Lato po raz pierwszy przeniósł się za granicę w 1980 roku, do Lokeren. Szarmach podpisał kontrakt z Auxerre 20 listopada tego samego roku, kilka miesięcy po pierwszym w historii awansie tego klubu do Division 1. Auxerre zakwalifikowało się do europejskich pucharów dopiero w 1984 roku. Lubański zrobił w Lokeren rzeczywiście imponującą karierę, zdobywając 82 bramki w 192 spotkaniach, ale sam belgijski klub nie należał do instytucji wyznaczających najwyższy poziom europejskiego futbolu.
Były to udane, w przypadkach Szarmacha i Lubańskiego wręcz wybitne kariery w skali konkretnych klubów. Nadal nie były to jednak kariery w Realu Madryt, Barcelonie, Bayernie, Ajaksie, Liverpoolu, Milanie czy Juventusie. Osiągnięcie statusu legendy Auxerre albo Lokeren nie jest tym samym co stanie się jedną z centralnych postaci europejskiego giganta.
Czy możemy usprawiedliwiać to limitem wieku?
Późny wiek wyjazdu należy uwzględnić. Nie można jednak traktować go jako uniwersalnego usprawiedliwienia, które automatycznie zmienia nieweryfikowaną hipotezę w dowód światowej wielkości.
Ferenc Puskás trafił do Realu Madryt w wieku 31 lat. Hiszpańscy kibice i część działaczy uważali go początkowo za zawodnika starego i mającego nadwagę. W Realu rozegrał 262 mecze, strzelił 242 gole, zdobył trzy Puchary Europy i pięć mistrzostw Hiszpanii. Nie tylko poradził sobie po trzydziestce, ale właśnie wtedy zbudował większą część swojego klubowego pomnika.
Porównanie z Deyną nie jest idealne. Puskás grał na innej pozycji, trafił do najlepszego zespołu kontynentu i funkcjonował w innych warunkach. Jego przykład dowodzi jednak, że wiek 30-31 lat nie czynił potwierdzenia klasy całkowicie niemożliwym. Późny wyjazd zmniejszał szanse, lecz nie kasował ich całkowicie.
Węgierskie przypadki wymagają ponadto uczciwego zastrzeżenia politycznego. Puskás, Sándor Kocsis i Zoltán Czibor nie zostali normalnie sprzedani na Zachód przez komunistyczne kluby. Po interwencji sowieckiej w 1956 roku pozostali za granicą albo uciekli z kraju. Kocsis i Czibor trafili później do Barcelony; sam klub określa ich jako przedstawicieli wielkiej węgierskiej generacji, a Kocsisa jako uznaną gwiazdę, która uciekła po sowieckiej interwencji.
Nie można wymagać od polskich zawodników, by dla udowodnienia ambicji porzucali kraj, rodziny i bezpieczeństwo. Ucieczka z państwa komunistycznego nie może być normalnym testem charakteru sportowca. Dlatego rozmowa o „indywidualnej ambicji” musi być prowadzona ostrożnie. Polacy mieli znacznie mniejszą sprawczość niż piłkarze zachodni, a decyzja o pozostaniu w kraju często nie była w pełni dobrowolna.
Nie wolno jednak popadać w odwrotną skrajność i każdemu niespełnionemu transferowi przypisywać gwarantowaną wielką karierę. Zainteresowanie Realu, Bayernu czy Interu jest częścią biografii, ale nie stanowi odpowiednika stu występów w tych klubach. Historia ocenia osiągnięcia, nie hipotetyczny wynik negocjacji, na które państwo nie wyraziło zgody.
Boniek – wyjątek, który potwierdza regułę
Zbigniew Boniek jest najważniejszym przypadkiem, ponieważ wyjechał wcześniej niż większość starszych reprezentantów. Do Juventusu dołączył przed mundialem w 1982 roku, mając 26 lat. W Turynie zdobył mistrzostwo Włoch, Puchar Zdobywców Pucharów i Puchar Europy, a następnie grał w Romie.
Wybór Bońka był tym bardziej znaczący, że liczba miejsc dla obcokrajowców była bardzo ograniczona. Od sezonu 1982/83 włoskie przepisy pozwalały Juventusowi wystawić dwóch zagranicznych piłkarzy. Klub przeznaczył te miejsca dla Michela Platiniego i Bońka, zmuszając wcześniej Liama Brady’ego do odejścia. W epoce, w której nie można było zgromadzić kilkunastu zagranicznych gwiazd, każdy taki transfer stanowił znacznie mocniejszy akt selekcji niż dzisiaj.
Boniek został więc nie tylko zauważony przez europejskiego giganta, lecz także wybrany do jednej z dwóch dostępnych dla cudzoziemców pozycji, a następnie zdobywał z klubem najważniejsze trofea. To jest rzeczywisty dowód przynależności do ścisłej europejskiej czołówki.
Ciekawy przypadek to Józef Młynarczyk, którego tryumf z FC Porto podnoszony jest przez entuzjastyczne polskie media jako argument za klasyfikowaniem go pośród legend bramkarskiego fachu. Mało osób wie, że do składu wskoczył dopiero w rewanżowym meczu ćwierćfinałowym z Brøndby, zastępując Zé Beto, który wracał zresztą po dwuletniej dyskwalifikacji za uderzenie sędziego. W lidze Młynarczyk zaczął co prawda sezon w pierwszym składzie, ale później został oddelegowany na ławkę. Dopiero w kolejnym roku zagrał jedyny w swojej karierze pełen sezon w barwach Smoków.
Co naprawdę oznaczały kariery Laty, Deyny, Lubańskiego i Szarmacha?
Grzegorz Lato był wybitnym piłkarzem turniejowym. Zdobył siedem bramek w 1974 roku i łącznie dziesięć na Mistrzostwach Świata. Na mundialowej liście strzelców wyprzedzał wielu zawodników o znacznie głośniejszych karierach klubowych. FIFA przypomina, że przez trzy kolejne turnieje pozostawał jedną z kluczowych postaci reprezentacji.
Nie wynika z tego jednak automatycznie status jednego z największych skrzydłowych w historii. Dorobek Laty opiera się przede wszystkim na reprezentacji. Nie prowadził klubu do europejskiego trofeum, nie rozegrał wielu sezonów w światowym gigancie i nie pozostawił poza Polską dziedzictwa porównywalnego z Puskásem, Cruyffem, Beckenbauerem czy Błochinem. Najuczciwiej powiedzieć, że miał występy i okresy klasy światowej – zwłaszcza na mundialu w 1974 roku – ale nie zbudował pełnej kariery „top of the top”.
Deyna był prawdopodobnie najbardziej utalentowanym i kompletnym piłkarzem tamtej reprezentacji. Dyktował tempo, potrafił zdobywać bramki, miał znakomitą technikę i wyjątkowe rozumienie gry. Jego problemem w historycznej klasyfikacji nie jest brak talentu, lecz brak wieloletniej weryfikacji na najwyższym poziomie klubowym. Trzecie miejsce w plebiscycie po mundialu oraz kilkadziesiąt spotkań w przeciętnym wówczas Manchesterze City pozostawiają więcej miejsca na przypuszczenia niż w przypadkach zawodników, którzy przez dekadę grali o Puchar Europy.
Lubański jest najbardziej skomplikowanym przypadkiem. Był znakomitym napastnikiem, a ciężka kontuzja odniesiona w 1973 roku odebrała mu mundial, na którym mógł osiągnąć szczyt kariery. Później strzelał regularnie w Belgii. Możliwe, że bez urazu i politycznych ograniczeń osiągnąłby znacznie więcej. Nadal jednak mówimy o możliwości, nie o dorobku odpowiadającym Puskásowi, Kocsisowi, Müllerowi czy Błochinowi.
Szarmach został legendą Auxerre i znakomitym napastnikiem ligi francuskiej. Należy mu się za to uznanie, ale trzeba pamiętać, do jakiego Auxerre przyjechał: beniaminka najwyższej klasy rozgrywkowej, który dopiero budował późniejszą pozycję. Nie był to odpowiednik transferu do Realu czy Barcelony.
Inne demoludy potrafiły wyprodukować indywidualności z mocniejszym materiałem dowodowym
W tym miejscu porównanie z innymi krajami komunistycznymi ponownie działa na niekorzyść polskiego mitu.
Węgry miały Puskása, jednego z najskuteczniejszych i najbardziej utytułowanych napastników Realu Madryt, a także Kocsisa, Czibora i László Kubalę w Barcelonie. Flórián Albert zdobył Złotą Piłkę w 1967 roku.
Czechosłowacja miała Josefa Masopusta, zdobywcę Złotej Piłki i lidera finalisty mundialu z 1962 roku. ZSRR wyprodukował trzech laureatów nagrody: Lwa Jaszyna, Ołeha Błochina i Ihora Biełanowa. Błochin nie potrzebował transferu do zachodniego giganta, ponieważ z Dynamem Kijów wygrywał europejskie puchary i Superpuchar przeciwko Bayernowi.
Lista zwycięzców Złotej Piłki z komunistycznej Europy obejmuje Masopusta w 1962 roku, Jaszyna w 1963, Alberta w 1967, Błochina w 1975 i Biełanowa w 1986. Każdy z nich miał za sobą albo najważniejszy sukces reprezentacyjny, albo europejski dorobek klubowy, często jedno i drugie.
Jugosławia przez dziesięciolecia eksportowała zawodników do Realu, Barcelony, Milanu, Juventusu, Bayernu i innych czołowych klubów. Liberalniejsze zasady wyjazdów dawały Jugosłowianom większe możliwości niż Polakom, co trzeba uwzględnić. Efekt pozostaje jednak wyraźny: kraj stworzył nie tylko dobre reprezentacje, ale też trwałą markę producenta piłkarzy zdolnych odgrywać główne role na Zachodzie.
Rumunia nie miała przed latami dziewięćdziesiątymi reprezentacji porównywalnej z Polską, lecz stworzyła Steauę, mistrza Europy, oraz pokolenie piłkarzy zweryfikowanych w meczach z Barceloną, Milanem i Dynamem Kijów. NRD była znacznie słabsza reprezentacyjnie, ale Magdeburg zdobył europejskie trofeum, pokonując w finale Milan.
Polska na tym tle prezentuje osobliwy profil: bardzo mocna reprezentacja w ciągu jednej dekady, słaby bilans klubowy i niewielka liczba zawodników z udokumentowaną karierą w absolutnej europejskiej elicie.
Wielkość zespołu nie przechodzi automatycznie na każdego zawodnika
Największym błędem polskiej pamięci nie jest przecenienie wyników reprezentacji. Wyniki są obiektywne i zasługują na uznanie. Błędem jest zamiana zespołowego sukcesu w zbiorowy certyfikat indywidualnej wielkości.
Polska z 1974 roku miała odważną koncepcję gry, szybkość, świetne przejścia do ataku, znakomite przygotowanie fizyczne i zawodników idealnie dopasowanych do swoich ról. Jej siła polegała właśnie na drużynie. Gadocha uruchamiał Latę i Szarmacha, Deyna organizował grę, Kasperczak równoważył środek pola, boczni obrońcy zapewniali dynamikę, a Tomaszewski dawał bezpieczeństwo w bramce. Z takiego połączenia mogła powstać całość większa od sumy indywidualnych karier.
Nie ma w tym nic uwłaczającego. Futbol zespołowy polega właśnie na tym, że organizacja, role i wzajemne uzupełnianie się zawodników pozwalają pokonać reprezentacje złożone z głośniejszych nazwisk. Uznanie tej prawdy nie odbiera Polsce medali, a jedynie jedynie podstawę do stawiania każdego elementu tamtej drużyny obok największych piłkarzy XX wieku.
Ostateczny bilans jest bardziej zniuansowany niż zarówno narodowa legenda, jak i jej całkowite odrzucenie.
Jako reprezentacja Polska była w latach 1974–1982 potęgą. Dwanaście mundialowych zwycięstw, 33 bramki i dwa medale nie są przypadkiem.
Jako futbol klubowy Polska nie należała do czołówki nawet w obrębie komunistycznej Europy. Nie zdobyła żadnego głównego europejskiego pucharu i została wyraźnie w tyle za ZSRR, Rumunią, Czechosłowacją, NRD oraz Jugosławią.
Pod względem indywidualnym miała kilku znakomitych reprezentantów, ale bardzo mało piłkarzy o pełnej, udokumentowanej karierze w światowym topie. Boniek jest oczywistym wyjątkiem. Młynarczyk osiągnął najwyższy klubowy szczyt jako bramkarz Porto, ale jego pozycja w tym klubie nie należała zawsze do najmocniejszych. Deyna, Lato, Lubański i Szarmach byli zawodnikami bardzo dobrymi, okresowo wybitnymi i w warunkach PRL częściowo pozbawionymi możliwości pełnej weryfikacji w elitarnym kontekście. To nadal nie czyni ich automatycznie odpowiednikami Beckenbauera, Cruyffa, Puskása, Müllera, czy nawet Masopusta i Błochina.
Mit nie polega zatem na tym, że drużyna Górskiego była słaba. Polega na tym, że w polskiej pamięci wielkość drużyny została przeniesiona na indywidualne kariery jej zawodników, a późniejsze ograniczenia systemowe zaczęły retorycznie służyć jako dowód braku sukcesów.
Polska miała wielką reprezentację. Nie miała jednak własnej Brazylii 1970, pełnej graczy definiujących światowy futbol. Nie wyprodukowała też odpowiednika węgierskiej kolonii w Realu i Barcelonie ani radzieckiego połączenia zdobywców Złotej Piłki z triumfami Dynama Kijów. Nie udało się nawet stworzyć odpowiednika bukareszteńskiej Steauy, która dwukrotnie dotarła do finału Pucharu Europy, raz go wygrywając.
Mieliśmy świetnie skonstruowany zespół, kilku znakomitych piłkarzy i jedną dekadę, której blask przez następne pół wieku rzutował na ocenę całej historii polskiej piłki. Tym większa zasługa tamtego sztabu szkoleniowego: Kazimierza Górskiego, Andrzeja Strejlaua, Jacka Gmocha. Oddajmy też co jego Antoniemu Piechniczkowi. To wystarczająco dużo, by być dumnym z tej kadry, lecz zbyt mało, by budować pomnik pokoleniu bogów futbolu.
Na piłkarskim firmamencie Lubański, Deyna czy Lato byli bliżej Davora Šukera czy Hakana Şüküra, aniżeli Garrinchy, Maradony czy Beckenbauera.

Artur „Vami” Karpiński – weteran polskiej sceny Championship / Football Manager, nieprzerwanie aktywny od 1999 roku, były redaktor Ligi Championship Managerów i CM Men, współpracownik CM Sorted, twórca uaktualnień bazy danych, członek polskiej społeczności Football Manager Forum, moderator forumfm.pl – największego i najstarszego w Polsce forum o grze Football Manager, organizator corocznych Zlotów Sceny Football Managera.